Przebiśnieg

listopada 30, 2017


Katarzyna Jerzykowska


Przebiśnieg

Wiesz Tato? Kiedy na zewnątrz szaleją wichury, a wszystko jest białe i uśpione pod śniegiem i lodem, siadam przy kominku z kubkiem gorącej herbaty i przypominam sobie te wszystkie lata, kiedy świat mieścił się w naszej małej wiosce. Kiedy jedynym niebezpieczeństwem były pioruny za oknem i potwór pod łóżkiem. Kiedy jeszcze nawet nie myślałam, że za gęstym lasem i łąkami jest jakiś inny świat. A nawet, jeżeli czasem przeszło mi to przez myśl – wiesz, że bez Ciebie bałam się wyjść sama poza nasze pole.

Pole… Pamiętam je tak dokładnie…

Wiosną małe zielone robaczki wypełzające w równych odstępach spod ziemi. Śnieg powoli topniał. Wiosna rozrzucała na polach krokusy i przebiśniegi. Mówiłeś, że przynosiła mi je w zamian za bałwany i lodowe domki, które zima zabierała ze sobą.

Każdego roku topiliśmy Marzannę. Płakałam wtedy. Nie chciałam, żeby zima odchodziła. Początki wiosny zawsze były ponure. Byle jakie.

Pamiętasz, jak kiedyś przyniosłeś do domu kociaka? Przemarznięty, wystraszony. Nakarmiliśmy go, umyliśmy i trzymaliśmy w domu aż do momentu, kiedy Wiosna stopiła cały śnieg i przyniosła cieplejsze dni. To wtedy nauczyłam się, że gdyby nie ona, dla wielu bezdomnych kotów, psów i nawet ludzi nie byłoby już ratunku. Pokochałam wiosnę.

W lecie ciężko pracowaliśmy. Właściwie – tylko Ty pracowałeś, a ja… Pomagałam, jak mogłam.

W dzień zajmowałam się grządkami na swoim małym poletku i przynosiłam Ci chłodną wodę, kiedy pracowałeś na polu i doglądałeś drzewek w sadzie.

Wieczorem rozpalałeś ognisko starym harcerskim sposobem, którego nauczyłeś się jeszcze, kiedy mieszkałeś w dużym mieście. Kiedy płomienie już wesoło buchały nam w twarze, sadzałeś mnie sobie na kolanach i opowiadałeś bajki.

Mówiłeś, że kiedy iskra z ogniska doleci do nieba, staje się gwiazdą. Przyznaj. Sam też w to wierzyłeś! Tak, jak we wszystkie duchy i zjawy. Kiedyś przecież zgubiliśmy się w lesie. Nie dawałeś po sobie poznać, jak bardzo się boisz. Było ciemno. Dookoła cisza i ani żywej duszy.

Coś błysnęło w zaroślach. Może to świetlik. Albo księżyc wyszedł zza chmur i odbił się od kropli rosy. Ale czy to ważne? Idąc za światełkiem, trafiliśmy na znajomą drogę. Następnego dnia ofiarowałeś leśnym duchom część owoców z naszego sadu.

Ach… Kot! Zapomniałam o nim! Wdzięczny za gościnność okazaną wiosną, przynosił nam myszy i starannie układał przy łóżkach. I wiesz? Może Twoje leśne duchy czuły to samo, co my wtedy? Przyniosłeś im owoce zebrane z drzew podobnych do tych, którymi same się opiekowały. Tak, jak kot, który dla nas zabijał żywe stworzenia. A jednak był to naprawdę piękny prezent. Nie dlatego, że miałby nam się do czegoś przydać. Był piękny, bo wysiłek, który nasz przyjaciel włożył w zdobycie go, był wysiłkiem z wdzięczności. Wyrazem zaufania.

***

Była jesień. Zawsze kochałam jesień. Kocham ją teraz, tak samo, jak i tych parędziesiąt lat temu.

Ziemia powoli zapadała w sen. A dla nas był to czas długich, wspólnych wieczorów przy kominku i picia naparów z ziół suszących się w spiżarni i usychających powoli na łąkach. Ale nie żyliśmy samymi tylko wieczorami. Jesień była piękna z wielu innych powodów: drzewa robiły się kolorowe, jak na moich rysunkach z najmłodszych lat (liście zbieraliśmy godzinami, szukając najpiękniejszych!), ziemia zbierała się do odpoczynku po całym roku ciężkiej pracy, a my mogliśmy w końcu urządzić ostatnie zbiory.
Tak, w lecie zbieraliśmy owoce i warzywa, ale to jesień była dla nas przygotowaniem do zimy. To wtedy dojrzewały najważniejsze uprawy.

Bieganie między złotymi kłosami, grzebanie w ziemi w poszukiwaniu ziemniaków. Bezpośredni kontakt z ukochanym polem. Czerwone jabłka. Podsadzałeś mnie, żebym mogła sama je sobie zerwać. Chwaliłam się później „Zobacz, jakie ładnie znalazłam!”. Przytakiwałeś z uśmiechem „Piękne! Sama je wypatrzyłaś?”. Rumieniłam się wtedy z dumy. Dobrze wiedziałeś, ile taki prosty gest z Twojej strony dla mnie znaczył.

Chciałam kiedyś być taka, jak Ty. Mądra, wysoka, jak drzewo (byłam pewna, że gdybyś tylko chciał, sięgnąłbyś do samych chmur), silna – podnosiłeś mnie bez trudu, a ja mogłam Cię tylko ciągnąć za rękę. Wtedy myślałam, że naprawdę mocno się zapierasz, kiedy krzyczałeś „Hola, nie tak szybko!” i przytrzymywałeś ulubiony, szary kapelusz, żeby nie spadł Ci z głowy. Teraz wiem, że bez względu na to, jak ważne rzeczy miałeś do zrobienia – wszędzie byś za mną poszedł.

***

I przyszła zima. Jedna z wielu zim. Sroga i okrutna. Byłam już dość duża, żeby zająć się Tobą, kiedy zachorowałeś.

To był pierwszy raz, kiedy dotarło do mnie, że oprócz siebie, nigdy nie mieliśmy zbyt wiele… Nie było nas stać na lekarza. Ty powoli odchodziłeś, a ja siedziałam przy łóżku, nie wiedząc, co dalej. To Ty zawsze wszystko wiedziałeś. Wszystko. I nagle… Po prostu zniknąłeś. Najpierw chudłeś coraz bardziej. Potem przestałeś mówić, przytulać mnie, oddychać… I w końcu zostałam sama. Przy pustym łóżku, obok kominka.

Ile to już lat…?

OPOWIEŚĆ WIGILIJNAKONIK POLNY I MRÓWKA