Sen o chlebie

stycznia 31, 2018


Stefan Żeromski


Sen o chlebie

Pas publicznego traktu przecinał okolicę, ciągnąc się po falistych pagórkach i rozpłaszczonych nizinach. Gdzieniegdzie stały przy nim szeregi obłamanych topól albo wieloletnie lipy, samotnice, zaniedbane przez nieszczędną siekierę. Kobieta, zdążająca w dal ponad zakurzonym rowem, miała wciąż przed oczyma nieskończony gościniec albo domyślała się jego kierunku po szeregu drzew, gdy się za wyniosłościami gruntu ukrywał. Wymijała bez przerwy łańcuch wozów wojskowego trenu ciągnący na jej spotkanie i, choć spieszyła ze wszech sił, nie mogła dotrzeć do jego końca. Wychudłe, stare szkapy lub konięta ledwie dźwigające uprzęż — ciężkie wozy i rozsiadł! na ich przodkach ludzie zdrożeni, senni, z oczyma bez wyrazu jak woda przydrożnej kałuży — hurgot, szczęk żelaziwa, okrzyki popędzające sprzężaj — bez końca były te same. Z odległości ten ruchomy, wlokący się tabor podobny był do rzeki szarej i chropowatej. Podróżna biegła co żywo, choć nogi jej ledwie mogły udźwignąć ciężar ciała.

Tumany kurzu, podrywane przez suchy wiatr letni spod kopyt końskich i obręczy kół, siekły jej oczy, wgryzały się w nozdrza, wargi i gardło. Słońce przypalało ramiona. Pot oblewał plecy. Toteż pożądliwie witała każdy cień drzewa. Nie zważając na upał kryła twarz pod chustkę narzuconą na głowę, żeby uniknąć wzroku męskiego. Na każdym wzgórzu przystawała szukając swojej mieściny — celu podróży.

Lecz pagórki rozchodziły się w przestwór, niziny ciągnęły wszerz w dalekość przyćmioną od mgieł, a znajomych kształtów budowli nie było widać. Po każdym z takich przeświadczeń ciężkie westchnienie wydzierało się z jej spieczonych warg, a oczy bezsenne od długiego szeregu nocy zakrwawiały się na nowo. Gdy droga szła pod górę, osłabione nogi gięły się zaplatając jedna na drugą, a tętna tłukły w kości głowy jak młotki dwustronne. Skoro zaś poziom szczęśliwie zniżał się ku nowym rozłogom, samotnica w cwał biegła.

Wracała z powiatowego miasta od krewnych męża, którzy przytulili byli jej córeczkę. Przed dwoma tygodniami dano znać, że dziecko jest bardzo słabe. Udało się dostać przepustkę i przybyć w porę. Stanęła na miejscu w sam czas, żeby zobaczyć, jak umiera… Zmarło.

Przynajmniej na jej rękach. Pochowała. Teraz powraca do chłopca, starszego od nieboszczki, który prawie bez opieki, na łasce ludzkiej w domu pozostał.

W domu… Miasto od czasu wielkiej bitwy leżało w ruinie, a „dom” — było to schronisko w zgruchotanych murach, kąt między ścianami bez dachu. Nakryła go przy pomocy życzliwych sąsiadów wystawą z opalonych krokwi i pościąganych zewsząd desek, gliną oblepiła piecowisko i gotowała, co się gdzie dało uzganiać. Mąż jej, zabrany przez nieprzyjaciela, od szeregu miesięcy przepadł bez śladu i wieści. Przywykła już była do nędzy, głodowania, do poniewierki, trwogi, krzywd, zniewag, potrąceń — do wszystkiego. Lecz przydarzyło się oto coś, czego nie mogła w samej sobie pokonać. Było ponad nią, jako wszechmocna władza, wciąż żywe, wciąż nowe, jakby coraz bardziej nienasycone w swym okrucieństwie, odradzające się i napastliwe coraz zajadlej — bez początku i bez końca. A taka przy tym zwyczajna rzecz, taki widok codzienny, tak pospolite nici.

Dziecko zachorowało na krosty w gardle i umarło. Jak setki innych… Tysiąc tysięcy razy chciała już przecie zapomnieć, nie myśleć daremnie o oczach, co je piasek zasypał i wyjada oczach trzyletnich, przez które patrzy stara, jakby stuletnia rozpacz… Usiłowała zapomnieć o rączkach tak małych, tak drobnych, wyciągających się spod nieudżwignionego ciężaru, zwalonego na piersi, tak przecie szczuplutkie. Usiłowała zapomnieć, a o tym tylko jednym pamiętała. Bo uśmiechały się do niej w mrokach boleści różane usteczka szepcząc niestrzymany rozkaz: „Już mnie zapomnij…” Szara głowina dźwigała się z barłogu, oczy szukały czegoś poprzez nocny mrok i zachrypły głoseczek brzmiał na wieki. Opuszczona matka zasuwała palce między palce i wykrzywiała je aż do złamania, żeby wydrzeć i wytracić w sobie wiadomość o tym, jak to ona tam sama jedna leży w ziemi. Ale się tylko od tych wewnętrznych mocy i przemocy cieleśnie zataczała jak pijana. Jęk wymykał się z jej ust, choć zaciskała zęby i garścią dusiła gardło, i jedyne, co ją wciąż od nowa podcinało, to jakby czyjeś nad uchem ciekawe zapytania: Czy też chłopiec żyje? Czy i jego nie opadły te same krosty? Czy go zastanie? Głębokie, sekretne modlitwy, błąkające się w splotach uczuć — tajne układy, porachunki, wypomnienia, obietnice, upadłe i na śmierć zaprzysięgłe śluby przelewały się samochcąc w podmuchy ślepego buntu, w bezgłośne krzyki zdziczałej i wściekłej rozpaczy.

Gdy się dowlokła na jedno ze wzgórz, ujrzała w znacznym oddaleniu okolicę znajomą, a w nikłej mgle widnokręgu zarysy miasteczka, do którego dążyła.

Nareszcie!

Była już do ostatka wyczerpana.

Wymijając w pędzie szeregi wozów, przemknął z hukiem i porykiwaniem samochód, pełen oficerów w okularach podróżnych. Swąd benzyny i widok schylonych głów w urzędowych czapkach rzucił w duszę wędrującej kobiety zgoła inny gatunek wzruszeń.

Wspomnienie ohydne, lecz przesiąknięte zarazem zmysłową chucią, jak płomień zdradzieckiego pożaru wionęło wszystkimi jej żyłami. Łoskot kroków w głowie, echo sprężystych stąpań, pogłos piosenki:

A wiedz o tym, mój kochanku,
Ze ja czekam na ciebie…

Śledziła oczyma spod spuszczonych powiek pojazd szybko niknący, mrucząc do siebie z myślą o mężu:

— Będziesz się miał czym pocieszyć — czekaj! — jak wrócisz… Powiem ci, żebyś wiedział…

Daleko, sunąc z dołu w górę huczał drugi automobil. Za nim trzeci i czwarty. Widok ten napełnił dreszczem ciało pątnicy. Nie miała siły stać ani iść dalej. Bezwładne, upadłe spojrzenie szukało jakiegokolwiek miejsca, gdzieby można spocząć, choć przez chwilę. Lecz wszędzie były ciekawie spoglądające chłopy. Śmiertelna do ich spojrzeń odraza wytrąciła ją z obranego kierunku.

Myśli głupie, ni to pierzchliwe nietoperze śmigały tam — nazad w ciemnym sklepieniu czaszki, tłukąc się i łopocąc o jej ściany pękające od cierpień.

Żyła przecie tylko z mężem, broniła się wszelkiej najprzyjemniejszej pokusie, a w nagrodę za tę psią wierność, za dobrowolne przystanie na przygasłą już spowszedniała z nim radość — sześciu, siedmiu czy ośmiu ruskich sołdatów — bo już liczby dokładnie wiedzieć nie mogła — zabawiało się nią, jeden po drugim, w tamte noc…

— Jakże to może być — szeptała. — Cóż jest dobre, co jest sprawiedliwe? To czy tamto? Czemu na mnie padł taki los? Któż za to będzie odpowiadał?

Z tych pytań wysuwało się jeszcze jedno najnatrętniejsze, które ją w ostatnich czasach wciąż znienacka podchwytywało, wszystkiemu, co się tylko przydarzyło, stojąc na poprzek:

— Co też ja tu robię? Czemu ja jestem na świecie? Po co ja jestem naprawdę potrzebna?

Zsunęła się w rów, pełen grubego pyłu, i brnęła jego głębią, chustkę naciągnąwszy na oczy. W jakimś miejscu rów stał się płytszy i wywiódł ją niejako w suche pastwiska porośnięte gęstym jałowcem.

Błąkała się wśród krzaków nie wiedząc, dokąd idzie. — Pewnej doświadczyła ulgi, gdy już nie czuła na sobie wzroku mężczyzn, ukryta między zagajami.

Szła długo, mijając kolczaste kępy, aż do miedzy, zarzuconej głazami ź obrośniętej tarniną. Dalej stał szeroki, łagodnie rozkołysany łan żyta. Przystanęła przed nim, zaskoczona miękkością ruchu zboża i nie wiedząc, dokąd dalej wlec nogi. W pobliżu zobaczyła na wygonie rozwidloną gruszę polną. Samotne drzewo pozwało ją ku sobie głębokością zieleni i cieniem korony, nisko zasłanym. Gdy się w jego przyjaznym kręgu znalazła, siadła na stosie kamieni, wsparła plecyma o pień i wytchnęła z głębi po wielkim trudzie.

Cicho, ledwie dosłyszalnym głosem szeleściały liście. Przywodziły, na pamięć dawną, pradawną śpiewankę dzieciństwa, niemądrą i niewiadomą, jak niewiadome było szczęście życia za młodu. Sennie szumiące listki nie mogły przecie wydać słów ani melodii, a jednak tę to znajomą ludzką piosenkę taiły w swej mowie.

Pląsem w ciepłym powietrzu, drżeniem od zetknięć jednych z drugimi odsłaniały pachnący ranek — widok kwiatów na zboczu pagórka — brzozowy las wśród pól.

Jękiem zerwanym zaszlochały piersi do tego obrazu.

Brzozy moje, brzozy!…

Ptaszek mały, sikorka boża, przyleciał z lasu odległego i spoczął między rosochatymi gałęźmi. Wtulił głowę w lśniące swoje pióra i podejrzliwym wejrzeniem przypatrywał się światu. Ale oto i on przeciągłym poświstem zaczął wypominać ten sam, w niepamięci zagubiony widok. Samotnica usiłowała objąć ów świat przepadły myślami stałymi, przygarnąć do swego serca odbieglego — ale się wymknął, jak po ocknieniu pierzchający sen… Nie chciało już przystać do serca szczęście, które ongi miało w nim swoje siedlisko. Wodziła tylko wewnętrznym wzrokiem po jego szlakach niedostrzegalnych — drogach motyla w powietrzu, który już na zawsze odleciał. Niejasno wspominała, błąkając się jakoby gość przygodny w znikomym kole oczarowania, zgasłe swoje tęsknoty za pięknymi chłopcami — martwe już, a tak niegdyś płomienne żądze dziewczyńskiego serca, żądze spojrzeń rozkochanych, uśmiechów radosnych t nie dającą się najsroższymi groźbami wyniszczyć rozkosz czekania. Przewinęły się i same słowa śpiewki z tamtych lat. Westchnęły wszystkimi zapachy owoczesnych łąk, tamtejszych kwiatów, zalśniły rosą poranków — przejęły piersi niewysłowionym żalem, drżeniem miłosnym tamtych — ciemnych — głuchych nocy — i przepadły jako ten wiatr w polu.

Podniosła oczy w górę ku ptaszkowi leśnemu. Pytanie z dna duszy podżwignęło się przed jego cichą piosenkę, która tak wszystko wiedziała.

— Czy jest na tej ziemi gdzie jaka sprawiedliwość? Czy jest gdzie miara na łzy i waga na krzywdy? Czy się gdzie wszystkie spisuje i czy są oczy, co to przeczytają?

Milczał w głębokiej pogrążony zadumie ptaszeczek boży. Aliści podniósł głowinę i z cicha, a przecie z donośną nad miarę żarliwością wyświstał po swojemu dźwięk odmowny, zaprzeczny.

Strzał, który by na wylot piersi przebódł, nie wymierzyłby takiego ciosu, jak to przeciągłe, zimne odtrącenie.

Podniosła oczy w górę i śledziła wzrokiem białe, letnie obłoki, unoszące się popławem niepostrzeżonym w upalnym błękicie. Łzy żałości gorzkiej wysączyły się z błękitów oczu i zasłoniły obłoki. Spalone usta szeptały wyrazami bez związku i sensu do tych niebiańskich aniołów te same zaklęcia i pytania, prosząc się o sąd i odpowiedź. Białe obłoki, jak gdyby wstrzymane w swojej wysokiej podróży nad głębokością niedoli, zdawały się czujnie słuchać szlochów tulących się w dźwięki poszarpane, w biedne ludzkie wyrazy, tak bezładne jak czyny rodu człowieczego na ziemi. Na zbożu i na dalekich łąkach stanęły głębokie cienie.

Wstrzymane na wysokościach obłoki i podobizny ich na ziemi upiększały się nawzajem z zielenią przestworu, strojąc się i ozdabiając w coraz to inne kolory. Sposobem tajnym, a skutecznym doskonale, uzupełniały swe kształty i rozmiary. Te ciemne pawłoki, subtelne tkaniny, przepływające w jasnej zieleni, przedziwnie były dla oczu przychylne. Jak gdyby chusty dobrotliwe przytykały się do źrenic i do tych miejsc z powiekami, skąd płyną łzy na wyczerpaniu i gdzie są same gołe rany. Przelotna ulga, tym głębsza, im krótsza, zstąpiła w serce strudzone.

Lecz wtedy wiatr z nizinnych powiatów lecący rozkołysał żyto za miedzą. Poszum, szelest, rozgwar przeszedł po zbożu. Przewinęło się między kłosami ciężkie westchnienie. Nozdrza wciągnęły powiew i uczuły oddech wiadomy. Smród trupów tysięcy zastrzelonych żołnierzy, ledwie po bitwie przytrzaśniętych ziemią i śniegiem, obmierzle uderzył jestestwo. Tam w dole — teraz sobie przypomniała — leżały ich całe szeregi w pospólnym rowie. Szczyty ich hełmów, znaki ich rodu, połyskiwały jaskrawo w słońcu, które wszystko dostrzega, o wszystkim pamięta, wszystko na części rozdziela i co się komu należy — oddaje.

Odór, płynący z odległych gmin, zniszczył krótką pociechę. Serce wróciło do jaskini ucisku i na drogi swego szaleństwa.

Zapach śmierci…

Pod spuszczonymi powiekami odsłoniła się znowu biedna izba — ukazał tapczan okryty przepoconą kołdrą i zajaśniała głowa najmilszego dziecka, taczająca się po wezgłowiu w prawo i w lewo. Zajrzało w źrenice spojrzenie konającego gołębia — i ta mgła, ta mgła przeraźliwa, co je w sobie zwolna pochłania.

Mściwy wróg duszy zawrócił znowu i postawił przed oczy tę chwilę, gdy głowa osnuta prześlicznymi włosami schyla się ciężko, jakby z wychudłej szyi odpadła, a mały nosek na oślep utknął w poduszkę.

Oszalałe ręce matki zapuściły się teraz w skudłane włosy i zaczęły z boku na bok przewalać zgłupiałą i jak kamień bezwładną czaszkę, żeby z niej oczywistość wspomnienia wygonić.

Lecz niezmożona i nienasycona zemsta .miłości trzymała pamięć zdarzenia, jak rozdarcie rany trzyma w sobie głęboko wbity nóż zbója. Oszalałe ręce objęły odziomek drzewa, a upadająca w niemocy swej nędza cielesna szukała poratunku i pociechy u niemego pnia.

Oczy podniosły się na gałęzie i liście, żebrząc o odpoczynek. Ale wtedy przypomniało się sekretne, szeptane ludzkie podanie o zhańbionym drzewie.

— Może to jest to samo przeklęte drzewo? — z niedobrym uśmiechem spytała samej siebie.

Ogarnęła spojrzeniem grube konary i szelestne liście. Pytała ich się o prawdę, czy to nie tutaj zwisały owoce, na których wspomnienie ludzie truchleli? Czy to nie tu właśnie kołysały się za wolą wiatru te jakieś ta szpiegi? W dalekich, niejasnych kształtach zarysowały się zdarzenia związane z tym przezwiskiem. Trwoga nowa, obca, cudza zionęła z wystających gałęzi. Ręce odpadły od pnia i załamały się na piersiach, w których głośny, nieludzki śmiech zaszczekał.

Sfrunął mądry, przyjacielski ptaszek i uciekł w przestwór swój, w wolne niebiosa. Podmuchy swobodnych wiatrów niosły falami trupi fetor.

Szumiało niemiłosiernym rozkołysaniem żytnie pole. Myśli mściwe i niszczycielskie wysuwać się poczęły z mroków jaskini katuszy — myśli niezłomne i zimne, dokładne i proste, niby nieprzemierzone i nieubłagane pochody wojsk. Ponad nimi także rozciągać się poczęła śmiertelna odraza i najgłębsze znużenie.

Po tylu nocach bez przymknięcia powieki, po męce i zdrożeniu — zwinęła się teraz w kłębek na ziemi i z głową wspartą o kamień — jak ów kamień zasnęła.

Długo trwało szczęście niebytu, łaska zapomnienia o ziemi i życiu. Lecz z mroku poczęło wysuwać się widowisko, znowu ukazali się ludzie i dalszy ciąg szkarady dziejów duszy. Nie był wiadomy początek tych wydarzeń, w których przebiegu śpiąca była główną osobą. Stała pośrodku natłoku mężczyzn i kobiet w głębi nawy, a raczej w ostatnim skrzyżowaniu wielu naw niezmiernego podziemia.

Była to jaskinia wysoka i przestronna, która się licznymi wnękami, siecią krucht i chodników w rozmaite rozciągała strony. Zwisające stropy, czarne lub ciemnozielone, jakby z rudy lub z nie wytopionego surowca, były nad głowami tłumu. Światło, nie wiedzieć skąd padające, uwydatniało tu i tam ciężkie bryły i sople skał. Od środkowego sklepienia dzielił kaplicę uboczną szereg filarów niezdarnych, ledwie wyrąbanych z litej skaliny, jak bywa w kopalniach. Lecz nie było tam ciasno, jak bywa w kopalniach, nie było duszno ani cicho.

Z kogo składał się natłok człowieczy, zbity w masę, w pospólstwo oślepłe i zdziczałe od paniki u wejścia do najmroczniejszej z jaskiń? Ani jednej twarzy nie mogła rozeznać, choć patrzyła przecie na tych ludzi — i ani jednej z twarzy nowospostrzeżonych nie była w stanie zapamiętać. Czuła przecież, że w tym zespole byli życzliwi ze świata, dusze waleczne i pełne dobra na nic nikomu nieprzydatnego. Gdzie światło ich działania miała dokoła siebie? W uśmiechach, które za dni dzieciństwa widziała była — we łzach, które płynęły czasu bitwy, ucieczek, wędrówek przy odgłosie huku armat za dni głodu i dzielenia się najostatniejszym zuchelkiem chleba?

Wizerunek jednej postaci, jakby śniady cień obłoku, co niedawno płynął nad głową — jakby przez gęstej mgły zasłonę, uprzytomniła sobie. Ale gdy i tej imię mogło być omyłką i złudzeniem, jak wszystko wśród tylu zawodów — pozostało ledwie powzięte z niebytu, a twarz i kształt zginęły w bezimiennej czerni. Uciekali wszyscy, kurcząc się, tuląc, zginając, płaszcząc jak zbiegowisko w ulicach miasta na widok powietrznego latawca, który rzuca na bruk śmiertelne wybuchy. Zdawało się, że w skałę wielowiorstowej grubości wwiercą się, wdrapią pazurami i zapadną — spostrzegając figurę tego, co u wejścia do swej własnej poprzecznej komory straszliwie — nad wszelkie słowo straszliwiej — niestrudzony pracował. Schylał się raz wraz i wtedy jego długie, czarne włosy spadały, jak obluzowana przyłbica, na twarz pooraną, pełną szram i blizn, chropawą, jakby była utworzona z tej samej rudy, co skały jego podziemia. Z lochu, który miał za plecyma, wynosił wciąż, z pośpiechem nie słabnącym ani na chwilę, bochenki chleba płaskie a tak ogromne, że się od własnego ciężaru wpół przełamywały. Rozdzierał te chleby rękami, które drżały od trudu — rozrywał połowice na złomy większe lub mniejsze i ledwie mając przelotną chwilę na zmierzenie okiem miejsca i liczby zgłodniałych — ciskał tej lub owej wylękłej gromadzie.

W nieruchomym osłupieniu swoim widziała wciąż chleb latający skroś powietrza, ponad głowami, chleb potargany, pełen wewnętrznych rozdarć, zagłębień, obrywków, w których to gzygzakach — zapewne tylko dla oczu patrzącej — malowała się niewysłowiona boleść zjawiska. Wyciągnięte ręce cieniów chwytały w locie półbochny i ćwierćbochenki, skiby i ułomki. Czarne ciasto, ciężko padając w dłonie to tu, to tam, wydawało dźwięk lepki i mlaskający, jakby głos żarcia czy ćpania.

Wędrownica sama stała na uboczu.

Samotność duchowa, samotność istotna i zupełna, która jej dolą była zawsze — w tej godzinie stała się wypędzeniem i wyświeceniem odszczepieńczym.

Wyrwało się z piersi żałosne pytanie, czemu i ona nie jest jako ci wszyscy? Czemu jej losem było i jest czuć za wszystkich, czuć to samo, co tamci, co ogromny tłum — a zarazem czuć odrażającą, bezdenną swoją i ich wszystkich — nicość? Czemu oni wszyscy nie widzą w sobie tej samej nicości, która by się stać mogła mocą nłezłamaną? Czymże są ci ludzie? I ostatnie, ze wszystkich innych wypływające, zawsze to samo pytanie:

— Co też ja tu robię? Czemu ja jestem na świecie? Po co ja tu jestem potrzebna?

W jakiejś minucie zmagań się wewnętrznych i jej wyciągnięte ręce pochwyciły ciężką bryłę półbochna, którą szatan strudzony w tę stronę cisnął z daleka. Trzymając go oburącz patrzała na ten chleb płaski, wewnątrz jak gruba masa podarty.

Czuła głód i z utęsknieniem łaknęła chleba — smaku już niemal zapomnianego, który zna tylko młodość zdrowa i żarłoczna.

Poprzez tyle lat przypomniał się bardziej niż żywo — jak bywa tylko we śnie — zapach chleba z dziecinnych lat, chleba w rodzinnym domu.

Któż to więc uczynił?

Czy serce nie znające prawa innego okrom własnych uniesień, czy niewiedzący umysł, który tylko to zatwierdza, co mu tajemniczy instynkt podpowie?

Gwałtownym zamachem, rzutem, który może pycha, rozrośnięta na dziedzicznym ongi po ojcach dostatku, rozpętała w ramieniu, cisnęła ów złom chleba prosto w ślepie pracownikowi ciemności. Nie patrząc chwycił go dłonią w powietrzu, w locie.

Nim upłynęło mgnienie źrenicy, odfrygnął w inne z olbrzymiej ludzkiej gromady wyciągnięte ręce. W przerwie jednomomentowej, krótszej niż myśl jakakolwiek, niż spojrzenie, którym pochód cieniów liczył i przemierzał — od niechcenia i mimochodem ni to odsapnięcie w pracy, tonem, który był wolny nawet od pozoru wzgardy i akcentu mściwości, rzucił jej z oddali słowo potępienia:

— Nigdy już więcej chleba nie dostaniesz.

Usłyszawszy ten wyrok stwierdziła dla siebie samej jego nieodwołalność rozważaniem i dokładnym wnioskiem rozumu. Była nim na wskroś do dna duszy porażona. Wodziła oczyma po masie zbitej w kupy i bandy, która uchodziła jednym wylotem jaskini, gdy ze strony przeciwnej nadciągała inna, ze swym pośpiechem, jękiem, szlochem i chargotem. Tu i tam przelotne, ciekawe spojrzenia, skierowane na buntownicę, wyrażały to samo: kamienną obojętność lub bezpłodny żal. Wiedziała, jak tylekroć już w życiu, że te badawcze, szpiegujące spojrzenia oznaczają — potępienie.

Mściwa zmowa lub lękliwy lament ich zbiorowej nędzy, ich hańby pospólnej skazywały na to samo, co tamten: zatwierdzały wyrok. Gdzież były przyjacielskie dusze, których uczucie bliskości miała w sobie tak niedawno? Samotne krople zginęły w odmęcie trwogi. Zapytała tedy samej siebie w tchórzostwie, które wiało z motłochu jak wiatr zgniły, a jej ramiona zimnym potem okryło:

— Cóżem ja zrobiła, nieszczęśliwa?

Przed oczyma wkopanymi w ziemię stanął ten, który jeszcze chłopcem nie był, z dzieciństwa dopiero przedzierając się do wieku wyrostków, i nie mógł jeszcze swojej własnej rozpocząć walki o chleb i honor.

Zatrzęsło się serce niewieście od myśli, że to jemu przecie wydarła chleb na zawsze: „Już go nigdy nie dostanie” — za winę matki. Patrzała na winę swoją i na las wyciągniętych rąk tłumu.

Mierzyła grzech swój ogromem żądzy ludzkiej i żądzy swojej — bezdennego strachu ludzi wpatrzonych w księcia ciemności — i miarą trwogi swojego serca. Stanęła przed oczyma ta, której usteczka szeptały tak niedawno: „Już mnie zapomnij…” W błędniku myśli przewinęło się pocieszne wyrachowanie, że już dla tych ust chleb jest niepotrzebny. O tyle kromek mniej go potrzeba, ile razy by o nim natrętnie szczebiotały.

Cicha trucizna-ulga jako uśmiech siadła w kątach warg. Mgła cierpień zakryła wyciągnięte ręce zbiorowiska i obraz zbydlęcenia, spadkobiercy głodu. Dała się uczuć pod sercem próżnia przedziwna, próżnia po córeczce, którą była na świat wydała, po córeczce, która z kolei w próżnię się znowu zamieniła.

W tej wewnętrznej komorze boleści przemknął się uśmiech, który był gościł na wargach. I on to w sposób niedościgły dla myśli stał się płodem tajemnym. Poruszyło się w piersiach coś nieznane i wielkie jak tamta jaskinia, potężniejsze niż straszliwa władza szatana: samotne męstwo macierzyńskie.

Głębokie to natchnienie zrodziło jedne myśl, która sama w sobie była już dokonanym czynem.

— Zabiję!

Senne natchnienie wetknęło w rękę ostry nóż — i ukryło go w zanadrzu. Zimnymi oczyma czyhającej hieny śledziła poruszenia szatana i, jak ten ostrożny zwierz, przyczajała się w załamaniach pieczary, pełzła po ziemi, ażeby mu śmiertelne pchnięcie zadać zdradziecko.

Ale wtedy sen spłynął z jej oczu. Uchyliły się ciężkie powieki. Zobaczyła znowu żytnią niwę. Płowe, jeszcze niedojrzałe kłosy, łagodnie szumiące, naginały się za wiatrem, a wysmukłe szypułki tam i na powrót chyliły rytmami zgodnymi. W ich melodyjnym rozkołysaniu pokazało się oczom szczęście życia. Wstała ze swego legowiska i ociężałym krokiem bliżej podeszła. Nie wiedząc, co czyni, wyciągnęła ręce i osaczyła dłońmi młodociane kłosy. Głaskała je miłościwą pieszczotą — nabożnym błogosławieniem nieszczęśliwego człowieka.

W sercu jej od zetknięcia rąk z cichym zbożem rozległa się archanielska pieśń, niepojętym powinowactwem uczuć wyrastająca z szumu badylów i z nim jednaka. Samotne oczy poniosły się znowu ku dalekim obłokom i wielbiły ich prace, których człowiek, uczeń szatana, nie zdołał zniweczyć ani splugawić. Czciły głębokim zachwyceniem tajemnicę bytu zboża, moc niezbadaną jego poczęcia i rozrostu, jego spółki ze słońcem, ziemią i deszczem obłoków — której człowiek nie umie dotąd przekazać i narzucić natury swojej, wzorującej się na żądzach pantery i świni.

W tej minucie głębokiego zachwytu ujrzała nagle pod spuszczonymi powiekami obraz tak bliski, jakby się stawał o parę od niej kroków, tak wyraźny, jakby to było na jawie. Miała oto w oczach zaułek między na poły zburzonymi domami mieściny swojej. Na ścianie, która zamyka wylot błotnistej ulicy, wisi uboga, prostacka kapliczka drewniana, z wierzchu rudą, w głębi niebieskawą pomalowana farbą. Wewnątrz tej szafki, nakrytej małym dachem, widnieje Chrystus ukrzyżowany między dwoma niewieścimi kształtami. Znała tę kapliczkę od wielu lat, wiszącą nade drogą, lecz nigdy na nią szczególniejszej nie zwracała uwagi.

Skądże teraz?…

Patrzała na drewnianą ławę przystawioną do sąsiedniej ściany, na obmokły mur, z którego placami poodpadało wapno.

Wtem zadrżała wszystka, od stóp do głów.

Syn jej wyszedł z przyległego dziedzińca i ze zwieszoną głową wlókł się przed obraz. Stanął przed nim zgarbiony, blady jak stary człowiek, którego poraziło nieszczęście. Kolana jego bezwładnie przyklękły na ławie. Ręce splotły się i zacisnęły kurczem gwałtownym. Przyciskał te małe złożone pięści do piersi — i tak mały człowieczek sam ze siebie modlił się w samotności za nią, za matkę. Powzięła wszystkę wiadomość o treści jego modlitwy, usłyszała wewnątrz siebie zająkliwe słowa, które wymawiał nie umiejąc złożyć ich w całość. Dostrzegła jego zgasłe, nieobecne, niewidzące z rozpaczy, puste oczy, wzniesione ku drewnianemu ołtarzykowi, i skurcz żałosny zsiniałych warg…

Miłość jak błyskawica zamigotała w niej i wzniosła się aż do granicy radosnego zachwytu. Matka uderzyła w dłonie i wydała z piersi krzyk ku niemu, patrząc się na tę tajemną modlitwę.

Strudzone jej ciało nie było już sobą — nędzą — nicością — lecz przeistoczyło się w substancję inną, która była samym duchem.

Nie czuła ani znoju, ani bólu, ani wspomnień. Stała się zdrowa i zdolna do biegu jak sarna młoda. Stała się lekka, jakby ją wielkie skrzydła anioła niosły nad ziemią.

Skoczyła wprost przed siebie, z oczyma utkwionymi w daleki widok mieściny. Nie było na ziemi siły, która by ją teraz powstrzymać mogła.

NA PROBOSTWIE W WYSZKOWIESen o szpadzie